Widziałem naród, co bez celu się błąka...

Fot. DG Fot. DG
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

A więc stało się! Niedziele 11 i 18 marca były pierwszymi, podczas których nie mogliśmy robić zakupów w supermarketach i galeriach handlowych.

Jak myśmy to przeżyli? Ano jakoś daliśmy sobie radę i – o dziwo – chyba nikt z głodu i pragnienia nie umarł.

Co przezorniejsi wiedząc, że w niedziele Biedronki, Kauflandy i inne tego typu przybytki będą zamknięte, na zakupy wyruszyli już w sobotę. Sądząc po tłoku na przysklepowych parkingach i w samych marketach, na ten sam pomysł wpadło chyba 80 proc. Polaków. Wszystkie kasy otwarte, kolejki na pół sklepu, koszyki pełne, ludzi tyle, że mało się nie zadepczą. Kupujemy, jakby jutro miał się skończyć świat albo przynajmniej, jakby nazajutrz miała wybuchnąć wojna.
 
Gotowi na Armagedon
Ale to nic nowego. Tak jest zawsze, gdy wybierzemy się na zakupy w przeddzień Bożego Ciała czy Święta Niepodległości. Nie daj Boże, żeby zabrakło musztardy albo chleba. Mamy worek kartofli, ze trzy kilo łopatki, 70 deko żółtego sera, dwie zgrzewki wody, 5 bochenków chleba, kostkę masła i 20 piw. Jesteśmy więc gotowi na Armagedon, czyli na niehandlową niedzielę.  
 
Pustkowie przed marketami
Grójec, 11 i 18 marca 2018 roku, niedzielne popołudnie. Atmosfera w mieście dość senna, prawie jak wczesnym rankiem po „Kwitnącej Jabłoni”. Tu ktoś spaceruje z psem, tam dzieciaki jeżdżą na deskorolkach. Samochodów na drogach też jakoś nie za dużo. Niby normalne, może nieco spokojniejsze niż zwykle, dni święte. Jednak nie były to zwyczajne niedziele. By się o tym dobitnie przekonać, trzeba się było wybrać na grójeckie obrzeża, pod Dekadę czy Tesco. Widząc puste parkingi, można było doznać lekkiego szoku albo co najmniej poczuć się trochę dziwnie. Jako żywo przed oczami mieliśmy bowiem betonowe, marketowe pustkowie. Normalnie szukalibyśmy tu miejsca, gdzie możemy zostawić swoje auto, by móc „w spokoju” kupować.

Ale przedsklepowe place nie były całkiem opustoszałe. Na jednym z nich mała dziewczynka jeździła na rowerku pod czujnym okiem ojca. Może gdyby markety w niedzielę nie były zamknięte, rodzic kupowałby paczkowaną wędlinę w „Biedronce” albo klapki w „GO Sporcie”, zamiast poświęcać czas dziecku? Tego się nie dowiemy. Wiemy natomiast, że jakby sklep był otwarty, dziewczynka nie mogłaby swobodnie jeździć po parkingu.  
 
Giełda ożyła
Jednak zaledwie kilka kilometrów od Grójca 11 i 18 marca biło handlowe serce. Pewnie nawet mocniej niż zwykle. Chodzi oczywiście o giełdę w Słomczynie, której ustawa o zakazie handlu właściwie nie dotyczy (bo sprzedają tu tylko właściciele; zresztą, jak w tym tyglu wyłapać, kto jest właścicielem, a kto nie). Czy wyjątkowe tłumy na giełdzie to efekt zamkniętych marketów, czy pięknej pogody? Pewnie jedno i drugie. W każdym razie w Słomczynie można w niemal każdą niedzielę dać upust manii kupowania. Wprawdzie nie ma tu raczej markowych torebek Michaela Korsa, ale pewnie kto chce, ten znajdzie produkty „mniej markowe”, ze znaczkiem łudząco podobnym do oryginału. Jakość wprawdzie nie do końca ta sama, ale…nie wybrzydzajmy.
 
Handlu i tak nie było
Przeszliśmy się też po mieście. Tu i ówdzie dostrzegliśmy nawet otwarte sklepy, ale żeby to od razu nazwać handlowaniem..? Jeden ze sprzedawców przyznał, że nie jest wprawdzie właścicielem sklepiku, ale teść właśnie wyszedł na chwilę za własną potrzebą. Za godzinę będzie... A ruch? - Panie jakbyśmy tak mieli handlować przez cały tydzień, to byśmy z torbami poszli – mówił z przekonaniem. W innych prywatnych, czyli rodzinnych mini marketach było podobnie. Tak więc nawet sklepiki wyłączone z zakazu niedzielnej sprzedaży świeciły pustkami.

Co ciekawe, spore były za to kolejki w myjniach samochodowych. Ludzie, chyba nie wiedząc, co mają zrobić z wolnym czasem, a zrobiwszy zakupy w sobotę, postanowili umyć swoje auta.
 
Akcja i reakcja
A zatem w obie marcowe niedziele mogliśmy już dostrzec pewne efekty uboczne ustawy o ograniczeniu handlu. To prawda, że sprzedawcy 7 dzień tygodnia mają wolny, ale w zamian ciężej i dłużej muszą pracować w soboty i poniedziałki. To fakt, że nowe prawo teoretycznie pomaga małym sklepom, które mogą być otwarte w niedzielę, ale wielu klientów i tak nie zrezygnowało z super marketów, robiąc zakupy w sobotnie popołudnie i wieczór. Molochy to wykorzystują, zachęcając kupujących promocjami. A gdyby ktoś zapomniał, to przecież sieci handlowe wysyłają klientom SMS z informacjami, że wprawdzie sklep będzie zamknięty, ale za to w piątek i sobotę kotlety schabowe są tańsze o 44%. Każdej akcji musi towarzyszyć reakcja. Czysta fizyka i czysta ekonomia.
 
Pierwsze skutki
Zakaz handlu w niedziele może mieć różne skutki. W wielu centrach handlowych rozpoczynają się już renegocjacje umów najmu. Dla właścicieli sklepów brak handlu w niedziele oznacza mniejsze obroty. Nie zrekompensuje ich raczej większa liczba klientów m.in. w piątki i soboty, gdy godziny pracy będą wydłużone. Na zakazie tracą też wynajmujący, którzy pobierają czynsz od obrotu. Im niższy obrót najemcy, tym niższy czynsz wynajmującego, a koszty utrzymania centrum handlowego nie zmienią się. Ustawa uderza więc przede wszystkim w małe centra handlowe, które nie zrekompensują sobie strat w niedzielnym handlu, np. punktami rozrywki czy punktami gastronomicznymi.

Będą kary
Innym skutkiem ustawy ograniczającej handel w niedziele jest rozrost działalności handlowej na stacjach benzynowych. Należy spodziewać się rozwoju usług tam oferowanych, choć pewnie nie w tak szerokim zakresie, jak pisano - np. do masowego handlu artykułami RTV i AGD. Następnym krokiem będzie próba wykorzystania sklepów z obsługą automatyczną (bez pracowników). Taki sklep jest już testowany, choć na razie w USA. W wielu sklepach właściciele rozważają pomysł przekształcenia ich w showroomy, w których klient ma przymierzać produkty na miejscu, ale zamawiać je przez spółkę prowadzącą sklep internetowy (handel w niedziele dozwolony) np. za pomocą aplikacji mobilnej.

Kontrole pod przymusem..?
Nie dostrzegliśmy w Grójcu kontrolerów z Państwowej Inspekcji Pracy. Prawdopodobnie byli, do czego obligowała ich ustawa. Tym bardziej, że próby obejścia ustawy o ograniczeniu handlu skutkują wysokimi karami. Grzywna za nieuprawniony handel w niedziele może wynieść 100 tys. zł. Natomiast za uporczywe łamanie prawa, kodeks karny przewiduje ograniczenie wolności lub karę grzywny w wysokości przekraczającej nawet 1 mln zł.

Przy tej okazji wyłonił się inny problem, dość zabawny – dodajmy. Otóż pracownicy PIP odpowiedzialni przecież za kontrolę dotyczącą przestrzegania zakazu handlu w niedziele, sami nie chcą w niedziele pracować. Twierdzą, że zlecanie im obowiązków w te dni jest „wbrew normom prawnym”, gdyż przepisy zezwalają im pracować w niedziele jedynie w wyjątkowych sytuacjach. A przecież z takim nie mamy do czynienia...

Memy
Całe to zamieszanie związane z ograniczeniem handlu jest też znakomitym materiałem dla twórców memów (komunikatów obrazkowych) i innych internetowych artystów. Szczególnie popularna stała się krótka rymowanka: „Widziałem naród, / co bez celu się błąka, / zamknięty Lidl, / zamknięta Biedronka…”



Czy to dobry pomysł?
Jak wynika z sondażu IBRiS dla „Rzeczpospolitej”, po dwóch pierwszych niedzielach z zakazem handlu, ponad połowa (52 proc.) Polaków uważa, że to dobry pomysł. Niezadowolonych jest 41 proc., zdania nie ma 7 proc. ankietowanych.

Spośród ankietowanych, co trzeci uważa, że pomysł jest „zdecydowanie dobry”. Nieco gorzej o zakazie handlu myślą mieszkańcy wsi (52 proc. niezadowolonych). Wśród deklarujących poglądy lewicowe, 80 proc. nie jest zadowolonych z ustawy. Z kolei wśród utożsamiających się z prawicą, aż 87 proc. ją popiera. Spośród wyborców Prawa i Sprawiedliwości „za” jest 97 proc. respondentów.
Wśród badanych tylko 28,1 proc. zaznaczyła, że w czasie niedzieli poszła do kościoła. Najwięcej, bo 81,5 proc. spędziła ją w domu z rodziną..   

Dominik Górecki/lś

Ostatnio zmieniany czwartek, 26 kwiecień 2018 15:09

Dodaj komentarz

Przed zamieszczeniem komentarza zapoznaj się z Regulaminem

Kod antyspamowy
Odśwież

Log in or create an account