Ernest Wilimowski – piłkarz, który przyćmił Brazylię i…

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Tym razem odstępujemy od zasady, że wspominamy piłkarzy związanych z grójeckim futbolem.

Za kilkanaście dni Mundial w Rosji (14 czerwca – 15 lipca) z udziałem naszych orłów. Godzi się przypomnieć, iż reprezentacja  Polski w mistrzostwach świata zadebiutowała 80 lat temu we Francji. 5 czerwca 1938 r. w Strasburgu rozegraliśmy mecz z Brazylią, w którym piłkarskim geniuszem zabłysnął 22-letni napastnik Ernest Otton Wilimowski, zdobywca aż czterech goli dla Polski.

Piszemy o Wilimowskim, bo był to nie tylko wspaniały piłkarz. Jego życie - przez dziesiątki lat postaci zapomnianej i „zakazanej” w powojennej Polsce - to gotowy scenariusz filmu fabularnego. Poza tym miło powspominać nasze przewagi nad Brazylijczykami, tak dla pokrzepienia serc chociażby (oczywiście nie zapominamy też o zwycięstwie nad „Canarinhos” 1:0 po golu Grzegorza Lato na Mundialu w 1974 r. w Niemczech w meczu o 3 miejsce).

Zmiana nazwiska
Ernest przyszedł na świat 23 czerwca 1916 r. w Katowicach. Matka Paulina Florentyna Pradella, Niemka, urodziła go jako panna, gdyż biologiczny ojciec (nazwisko nieznane) zginął zapewne na jednym z frontów I wojny światowej jako żołnierz Cesarstwa Niemieckiego. Po powstaniach śląskich Katowice znalazły się w granicach odrodzonej Polski, więc Ernest Pradella był obywatelem polskim. W 1929 r. matka wyszła za mąż za Romana Wilimowskiego, urzędnika i powstańca śląskiego z polskiej rodziny osiadłej w Chorzowie. Pan Roman usynowił Ernesta, dając mu swoje nazwisko Wilimowski.

Zagmatwana tożsamość
 Ernest Wilimowski jakiś czas uczęszczał do prestiżowego gimnazjum w Katowicach. W domu rodzinnym (katolickim)  mówił w gwarze śląskiej, w szkole i publicznie po polsku, chociaż czasem posługiwał się też językiem niemieckim, żeby zrobić przyjemność mamie.
- Jestem Górnoślązakiem – mówił o sobie, będąc też graczem reprezentacji Śląska, dla której w sześciu meczach, najczęściej przeciwko reprezentacji Śląska Niemieckiego, zdobył siedem goli.
Nie może też dziwić fakt, że jako obywatel polski, grający z orzełkiem na piersiach, postrzegany był przez społeczność niemiecką na Śląsku jako „zdrajca”...

Talent dany z nieba
Wybrańcom bogów, chociaż zwykle trenują niesystematycznie i za kołnierz nie wylewają, wszystko przychodzi samo z siebie. Należał do nich niepozorny z wyglądu Ernest Wilimowski (174 cm wzrostu), chłopak o rudych włosach, odstających uszach, krzywych nogach, sześciu palcach u prawej stopy i szelmowskim uśmiechu, obdarzony poczuciem humoru, nie stroniący od zabawy i hazardu. Za co się wziął, wszystko robił najlepiej. Od dziecka grał w nogę, w szczypiorniaka, w hokeja, w szachy, w ping-ponga i jeździł na nartach (pod koniec grudnia 1938 r. zdarzyło mu się szusować po górach  razem z niejakim Karolem Wojtyłą, późniejszym papieżem Janem Pawłem II). W I lidze zadebiutował już jako niespełna trzynastolatek, występując w niemieckim klubie 1. FC Katowice. Wtedy jeszcze nazywał się Pradella.

Tak strzela pijak
Ernest Wilimowski w 1934 r. związał się z  polskim klubem Ruch Hajduki Wielkie (obecnie Ruch Chorzów). Debiut w ekstraklasie zaliczył 8 kwietnia 1934 r. w wyjazdowym meczu z Cracovią, a pierwszego gola strzelił 29 kwietnia tego roku w Chorzowie w 17. minucie meczu z Wisłą Kraków, wygranym przez chorzowian 4:1. Na boisku wyróżniał się techniką, świetnym ustawianiem się  i niebywałą skutecznością. W latach 1934-1939 w barwach chorzowskiego  klubu rozegrał 86 spotkań, zdobywając 117 bramek. W meczu z Union-Tourning-Łódź, wygranym 12:1, wbił aż 10 goli, co do dziś stanowi niepobity rekord naszej ekstraklasy.
- Patrzcie, tak strzela pijak – miał kiedyś zażartować po jednym z meczów.
 Wraz z chorzowskim klubem wywalczył cztery tytuły mistrza Polski i trzy tytuły króla strzelców.

Z orłem w koronie na piersi
Już jako niespełna osiemnastolatek zadebiutował w narodowych barwach. Pierwszego gola dla Polski zdobył 23 maja 1934 r. w Sztokholmie w towarzyskim meczu ze Szwecją. Selekcjoner Józef Kałuża powołał go także do reprezentacji olimpijskiej. Co za szkoda, że zdolny dwudziestolatek nie zagrał w turnieju w Berlinie, gdzie Polska wywalczyła IV miejsce. Kto wie, z nim być może zaszlibyśmy aż do finału. Tymczasem z reprezentacji olimpijskiej wyrzucono go za alkohol… Na dłuższą metę Kałuża nie mógł sobie jednak pozwolić na rezygnację z usług najlepszego polskiego piłkarza. W 1938 r., m. in. dzięki postawie Wilimowskiego, pokonaliśmy w dwumeczu Jugosławię, awansując do mistrzostw świata we Francji.

Lepszy niż Leonidas
Na mistrzostwach świata  rozegraliśmy tylko jeden mecz – w pierwszej rundzie – ale za to jaki! Naszym przeciwnikiem była sama Brazylia, mająca gwiazdę w osobie 25-letniego Leonidasa da Silva, zwanego „czarnym diamentem” i „człowiekiem z gumy”. 5 czerwca 1938 r. na stadionie w Strasburgu Leonidas, nota bene król strzelców tego turnieju, zaaplikował  Polsce aż trzy gole. Pierwsze trafienie zaliczył już w 18. minucie. Ale już w 23. minucie, po faulu na wychodzącym na czystą  pozycję Wilimowskim, Fryderyk Scherfke, napastnik Warty Poznań, wykorzystał rzut karny i zrobiło się 1:1. Niestety, w 25. minucie Romeu Pellicciari wyprowadził Brazylię na prowadzenie 2:1, a w 44. minucie Jose Peracio podwyższył na 3:1. Druga połowa, przy padającym deszczu,  okazała się już teatrem jednego aktora. Po golach w 53. i 59. minucie Wilimowski doprowadza do remisu 3:3. W 71. minucie Brazylia obejmuje prowadzenie 4:3 po drugim golu Peracio. Kiedy wydawało się, że już po sprawie, na minutę przed końcem spotkania, Wilimowski strzela na 4:4. W dogrywce na dwa gole Leonidasa Wilimowski odpowiada jednym. Przegraliśmy 5:6. W następnej rundzie znalazła się Brazylia, ostatecznie zajmując III miejsce. Z bezpośredniego pojedynku z Leonidasem zwycięsko wyszedł jednak polski snajper, zdobywając aż 4 gole w jednym meczu!

Ostatni mecz dla Polski
27 sierpnia 1939 r. cała Polska pasjonowała się meczem z wicemistrzami świata Węgrami, który odbył się na Stadionie Wojska Polskiego w Warszawie. Po 30 minutach Węgrzy prowadzili 2:0. Wtedy do akcji przystąpił Wilimowski, popisując się  hat-trickiem oraz wywalczając rzut karny zamieniony na gola przez Edwarda Dytkę. Wygraliśmy 4:2, a on był na ustach i w sercach wszystkich Polaków!
- Jednego z goli Wilimowski strzelił po rajdzie od połowy boiska, wjeżdżając z piłką do węgierskiej bramki – wspominał naoczny świadek wydarzenia, śp. Bohdan Tomaszewski, legendarny komentator sportowy.

Dylemat
Kilka dni później wybuchła wojna, weryfikując plany życiowe młodych ludzi, stawiając przed nimi dylematy, których jakże często  nie można było rozwiązać bezboleśnie. Ernest Wilimowski, jak wielu innych polskich piłkarzy o złożonej tożsamości narodowej (Fryderyk Scherfke, strzelec pierwszego gola dla Polski w mistrzostwach świata, miał korzenie niemieckie) znalazł się w arcytrudnej sytuacji. Szansą na przeżycie było wpisanie się na niemiecką listę narodowościową. Tak właśnie uczynił m.in.  Ernest Wilimowski.

Dla Trzeciej Rzeszy
Uniknięcie powołania do Wermachtu poprzez wstąpienie do niemieckiej policji nie okazało się do końca skuteczne, bowiem Wilimowskiego widywano także w mundurze wojskowym, a nawet odniósł rany na froncie. Tak naprawdę uratowała go gra w piłkę nożną w klubach niemieckich oraz w reprezentacji Trzeciej Rzeszy. Uściślijmy: zawodowa gra w piłkę nożną. Został gwiazdą niemieckiego futbolu, bowiem nadal robił to samo, co w Polsce i na francuskim Mundialu: strzelał więcej goli, niż miał sytuacji. W sumie w ośmiu meczach w barwach Trzeciej Rzeszy w latach 1941-1942  zdobył 13 goli. Zmarł 30 sierpnia 1997 r. w Karlsruhe w wieku 81 lat. Na jego pogrzebie nie było delegacji PZPN.

Mogło być inaczej
W naszych skomercjalizowanych czasach zachowanie Ernesta Wilimowskiego, traktującego futbol nie tylko jako pasję życiową, ale także jako zawód, nie budziłoby pewnie specjalnych kontrowersji. On jednak grał w piłkę w innej epoce, a do tego musiał zmierzyć się z wojną.  Zamienił orzełka na swastykę, czego nad Wisłą nigdy mu nie zapomniano. Po wojnie nie odważył się, choć tak bardzo tego chciał, przyjechać do Polski. A przecież wszystko mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej, gdyby nie ta przeklęta wojna.
- Gdyby doszło do mistrzostw świata w 1942 r. niewykluczone, że nie mówilibyśmy o Pele, a mówilibyśmy o Wilimowskim – twierdzi Andrzej Gowarzewski, dziennikarz sportowy, historyk piłki nożnej.
Remigiusz Matyjas

Dodaj komentarz

Przed zamieszczeniem komentarza zapoznaj się z Regulaminem

Kod antyspamowy
Odśwież

Log in or create an account