WIADOMOŚCI

Jedno oko na... Maroko

Jedno oko na... Maroko fot. Anna Makowska
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Dawno, dawno temu, za górami za lasami... Właśnie zdałam maturę i dzielnie pracowałam w mojej pierwszej pracy, w galerii ze sztuką użytkową z Maroka i Indonezji.

Ależ tam były cuda! Przede wszystkim bajecznie malowane meble i kolorowa ceramika z Fezu. Wówczas myślałam sobie, że bardzo, ale to bardzo chciałabym kiedyś zobaczyć Maroko.

Bilet kosztował 2500 zł, a to było znacznie więcej niż zarabiałam miesięcznie. I tak z czasem, gdy już zaczęłyśmy z moją córką Lilką podróżować, wracałam do tego marzenia i zerkałam nieśmiało na ceny biletów do tego kraju. Ale ciągle były poza moim zasięgiem. Aż nagle i niepostrzeżenie, na znanym portalu z podróżniczymi okazjami, mignęły tanie bilety właśnie do Maroka. Nie było się nad czym zastanawiać. Klik, klik i kupione. Nie jeden bilet, a całe 5. Bo jeszcze siostra i jej dwoje dzieci. Lecimy.

Wiedziałam, że coś przeoczyłam, że jest jakaś głębsza przyczyna niskiej ceny biletów... Oczywiście ramadan - podczas którego muzułmanie nie jedzą i nie piją od wschodu do zachodu Słońca. W związku z czym większość sklepów, restauracji jest w tym czasie zamknięta na głucho.
 
W poszukiwaniu pokoju
W naszych podróżach zachowuję jednak odrobinę rozsądku i staram się chociaż jeden nocleg rezerwować z wyprzedzeniem. Tym razem zarezerwowałam cały apartament w Nadorze, żeby zapewnić sobie miękkie lądowanie. I co? Pan taxi woził nas długo po mieście i szukał naszego domu... Po drodze ze dwa razy wyrzucał nasze bagaże na ulicę... I w tych momentach zjawiali się dobrzy ludzie. W życiu podczas naszych podróży nie spotkałyśmy tylu pomocnych, otwartych i gościnnych ludzi, ilu w tym muzułmańskim kraju. Koniec końców znaleziono nam pokój w dość obleśnym hoteliku. Poszliśmy coś zjeść. Znalezienie czegoś poza mięsem graniczyło z cudem. Zatem jadłyśmy chleb - suchy dość.
 
Malowane meble
Rano zwinęliśmy rzeczy i heja prosto do Fezu - miasta z przepiękną medyną i moją ukochaną ceramiką. Niespełna 300 km i z 6 godzin drogi nieszczególnie komfortowym autobusem. Maroko to góry, góry jak okiem sięgnąć, wszędzie sucho, skalisto, piaszczysto, tu i ówdzie wzdłuż dolin rzecznych wybucha zieleń, sterczące palmy, gdzieniegdzie opuncje.

Na osiołkach siedzą bokiem kobitki w strojach żywcem wyjętych z biblijnych opowieści. Długie chusty opadają na ramiona. Bajeczne. Z pustynnej ziemi wyrastają domy w pustynnych barwach. Całe stada pustostanów, zaczętych i nieskończonych. Sklepy, jeśli już są, zamknięte na cztery spusty. Gdzieś tam pojedyncze otwierają swoje podwoje.

Dojeżdżamy na dworzec w Fezie, tuż naprzeciwko medyna otoczona monstrualnymi murami. I bramy, w bramach osły, wokół bram stada kotów i ptaki. Jeszcze w bramie młody chłopak proponuje, że zaprowadzi nas do hostelu. Niech będzie. Budyneczki w medynie wklejone w siebie, wysokie schody pną się aż do dachu. Małe pokoiki wyłożone wzorzystymi kaflami. Niebieskość i malowane meble. Tak, to dobre miejsce. Od drzwi wejściowych zaczyna się suk - bazar niekończący się chyba wcale.
 
Na suku, czyli bazarze
Najpierw owoce i warzywa, wozy ciągnięte przez osły - w wąskich uliczkach z dawnych lat pojazdy nie mają szans. Dalej dziesiątki, a może setki sklepów z ceramiką, wyrobami skórzanymi, mydłem i powidłem. I jeszcze olejek arganowy i przyprawy - duma Maroka.

Wielki świat małego biznesu. O targowaniu się w krajach arabskich można by napisać książkę albo ze dwie. Pytanie o cenę nie ma większego sensu, najpierw usłyszymy jakąś zupełnie abstrakcyjną kwotę, zbijemy ją o połowę ze świadomością, że to wcale nie jest minimalna. Nie znoszę targowania. Chociaż opanowałam tę umiejętność całkiem nieźle. W Fezie ceny są raczej koszmarne. Trudno się dziwić, miasto odwiedzane masowo przez majętnych turystów, można z nich wyciągnąć ile wlezie. A jak dają, to wiadomo, trzeba brać.


 
Taijne albo harira
Wędrujemy, zachodzimy do knajpek. W zasadzie zamówić możemy tajine albo tajine z kus-kus. Tajine to niezwykły wynalazek, który potrafi czarować. Otóż samo naczynie mieszka ze mną od 12 lat i czasem w nim przygotowywałam jakieś dania i smak zawsze zachwycał. Ale oczywiście nie umywały się one do tych oryginalnych z Maroka. Naczynie składa się z dość płaskiego glinianego talerza, na którym układa się warzywa i/lub kurczaka w cytrynie. Całość przykrywa się stożkowatą pokrywą - też z gliny - i stawia na ogniu - kiedyś na ognisku, dziś coraz częściej na kuchenkach gazowych. Cała magia tkwi w procesie pieczenia, w tym jak para wodna przenika przez wszystkie składniki i smaki cyrkulują w piramidalnym garze. Pycha. Fakt faktem, że po tygodniu jedzenia tajine i tajine... można mieć odrobinkę dość.
Harira też jest niezła, zupa z rozmaitych warzyw i soczewicy. A reszta? Głównie mięsne kebaby, kuleczki, szaszłyczki itd. I desery - przesłodkie mieszanki mąki, miodu i daktyli. Ba, jeden rodzaj deserowej karmy nawet okazał się być wegański.

Najbardziej popularny jest chyba napar z mięty, pije się go zawsze i wszędzie, nawet na bazarowych stoiskach. Bardzo mocny i wściekle słodki. I niezwykle użyteczny, wszelkie problemy żołądkowe zostają zażegnane jeszcze zanim się pojawią. I pogoda, ciepło, słonecznie, bez dramatycznych upałów.
 
W kierunku Sahary
Czas w Fezie dobiegł końca, ruszyliśmy w kierunku pustyni. Bo być tak blisko i nie zobaczyć Sahary? Niemożliwe! Większość pustyń na świecie to pustynie kamieniste. Tak też jest z Saharą. Piaszczyste wydmy, które wszystkim nam kojarzą się z krajobrazem pustynnym, to tylko niewielki jej ułamek. Ale próbujemy do nich dotrzeć...

Cała noc w autobusie. I jest Merzouga, wioska Berberów, mały guest house z basenem na patio, a wokół nie ma niczego: kilka chat, parę stad wielbłądów, kopalnia kruszców i osady Berberów na pustyni, z których większość działa na potrzeby turystów. Można wziąć sobie wielbłąda, pojechać na bajeczne wydmy, posiedzieć przy ognisku, zanocować w berberskim namiocie i patrzeć na gwiazdy nad Saharą. My objechaliśmy kawał wydm jeepem. A potem lenistwo, leżaki nad basen i tajin i arbuzy.

Jedna noc w komforcie i kolejna znów w autobusie, istny koszmar. 10 dni w Maroko to bardzo mało, zwłaszcza jeśli chce się coś zobaczyć i „coś”przeżyć.
 
Przymiarka do dżelabu
Z Merzougie pojechaliśmy do Agadiru, mekki turystów, paskudnego zgrupowania bezdusznych hoteli, kurortów i basenów. Ale nawet w Agadirze da się znaleźć coś cudnego - moje ulubione bazary. Kolory, hałas, piękne przedmioty, owoce no i dżelaby - męskie lub damskie wersje sukienek dobrze chroniących ciało przed Słońcem, wiatrem, pyłem, piachem. A to wszystko nad okrutnie zimnym Oceanem Atlantyckim.

Z Agadiru, z przystankiem w Marakeszu, pędzimy - tym razem nocnym pociągiem - do Tangeru. Wąskie uliczki medyny mają nazwy w trzech językach: arabskim, francuskim i hiszpańskim.

Tu wreszcie daje się dogadać w jakimś innym języku niż francuski. Hiszpański daje się zrozumieć, niektórzy nawet gadają płynnie po angielsku. Bo do tej pory wszystkie próby porozumienia się były jedną wielką loterią. Zamawiasz herbatę, a dostajesz pieczonego kurczaka... Pytasz o drogę nad ocean, a trafiasz na bazar... Ale w podróży właściwie nie potrzeba znajomości języka... promienny uśmiech załatwia wszystko. Wszędzie.
Wiecie co? Takie podróże są tańsze niż tydzień nad polskim morzem...

Anna Makowska

Ostatnio zmieniany piątek, 21 lipiec 2017 11:16

Dodaj komentarz

Przed zamieszczeniem komentarza zapoznaj się z Regulaminem

Kod antyspamowy
Odśwież

Log in or create an account