WIADOMOŚCI

Jestem już TRI Rzeźniczką!

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

O biegu Rzeźnika słyszałam wiele. Obserwowałam i kibicowałam chłopakom z Grójca i okolic. Pojawiały się też startujące pary mix, w tym ponoć morderczym biegu, wśród obserwowanych triathlonistów.

W mojej głowie zaczęła kiełkować myśl, aby zmierzyć się z tym dystansem w Bieszczadach. Dojrzewałam długo. Nabierałam powoli doświadczenia. Mój pierwszy raz w Górach Świętokrzyskich w marcu 2015 roku potwierdził, że nogi nie są na to jeszcze gotowe. Po tym treningu nie mogłam chodzić, a wchodzenie po schodach odbywało się... tyłem. Moja głowa była przygotowana na dystans 20 km +, a serce pokochało góreczki bez opamiętania. Wpadłam. Po uszy!!! Miłość od pierwszego biegu! Czy już wtedy podjęłam decyzję o wystartowaniu w Biegu Rzeźnika? -tego nie wiem. Z pewnością coraz częściej wyjeżdżałam w góry na treningi. Każdą wolna chwilę spędzałam na crossowych przebieżkach. W czerwcu 2015 roku pomyślałam, że w przyszłym roku mogłabym zmierzyć się z Rzeźniczkiem. Niestety jak to w życiu bywa, pomysłu nie udało się zrealizować. Zbieżność terminów zawodów TRI w Sierakowie wykluczyła start w Bieszczadach.

Przyszedł wrzesień i pod moim kolejnym „dojrzewającym” postem na temat Biegu Rzeźnika pojawił się komentarz Arka Walendy, że może pobiegłby mixa. Wybór w tamtym momencie partnera do biegu jeszcze nie był tak oczywisty. Potencjalny partner powinien być mocniejszy ode mnie, doświadczony, otwarty, zadaniowy. Arek miał też wypracowany przywilej, że nie musiał brać udziału w losowaniu. Luźna propozycja Arka spowodowała, że dość szybko podjęłam temat i zapytałam wprost czy propozycja jest aktualna i czy by nie pobiegł ze mną Rzeźnika.

I tak oto rozpoczęła się oficjalna droga do biegu.
W każdej wolnej chwili biegałam po góreczkach. Starałam się wyjeżdżać minimum raz w miesiącu. Niestety, bardzo często pozostawało to tylko w strefie planów. Trenowałam - jednak głównie pod TRI. W 2016 roku miałam zaplanowane dwa starty w tych zawodach. Potem rzutem na taśmę podeszłam do biegu w Górach Stołowych. Miało to być pierwsze przetarcie biegowe z partnerem. Było udane, humory dopisywały, nabrałam sporego doświadczenia i co najważniejsze – potwierdzenia jakże słusznej decyzji, co do wyboru towarzysza biegu.

Potem przyszedł czas na kontuzje kolana. Długą i kosztowną rehabilitację na początku w Carolinie Medical Centre, następnie u genialnej Joanny Dobrzyńskiej. Postawiłam wtedy wszystko na jedną kartę. Muszę z tego wyjść! Inaczej moje marzenia legną w gruzach. Sprawdzianem był mój start w październiku 2016 w Ultramaratonie Bieszczadzkim. Pamiętam jak się bałam. Celem było ukończenie w limicie biegu, bez bólu. Arek i Aśka czekali na informację ode mnie, czy się udało… Dałam radę! Po dwóch miesiącach intensywnej rehabilitacji. Moje pierwsze 52 km! Po Bieszczadach. Bez wcześniejszego zaliczenia maratonu po asfalcie! Uff….
Przyszedł grudzień. Losowanie. Zmieniono regulamin i trasę biegu. Teraz nasz start nie był taki oczywisty. Miałam też świadomość, że ta edycja biegu nie będzie wiodła po kultowej trasie. Szczęście nam dopisało. Zostaliśmy wylosowani. Od tego momentu moje treningi ewaluowały pod kontem Rzeźnika. Moja druga pasja TRI, zeszła trochę na drugi plan. Odstawiłam treningi rowerowe na korzyść zwiększenia ilości jednostek biegowych. Pływałam, wprowadziłam ABT w Radzio Klub, nadal chodziłam na rehabilitację. Podczas wyjazdów treningowych w góry zdobywałam kolejne doświadczenia. Spotykałam się z osobami o sporym już doświadczeniu w takich biegach, jak choćby Artur Mikowski. Sporo na temat Biegu Rzeźnika wiedział też mój partner.

Czas szybko płynie…
Otrzymałam od Arka listę niezbędnych rzeczy do zabrania w Bieszczady. Czy możecie uwierzyć, że ta lista była bardziej obszerna niż mój bagaż, kiedy leciałam siostry?

Ustaliliśmy taktykę biegu. Pod górę wchodzimy. Biegniemy na wypłaszczeniach i zbiegach. Arek przewiduje czas ukończenia biegu w granicach 13:30-14:00h. Ważne dla nas obojga jest ukończenie biegu bez nabawienia się kontuzji. Ubranie, buty, sprzęt miałam przetestowany. Postawiłam na komfort i wygodę. Niestety, nie szło to w parze z wyglądem - spódniczka została w domu. Przyjechałam w Bieszczady wcześniej, aby się zaaklimatyzować, pospacerować, odpocząć, odbyć trening mentalny. Spacer na Jasło przy pięknej pogodzie potraktowałam jako rekonesans trasy. Widoki na górze zatykające oddech w piersiach. Stałam i podziwiałam.
To będzie piękny dzień, byłam spokojna. Wiedziałam, że zrobiłam tyle, że bieg powinnam ukończyć. Poza treningami była odpowiednia dieta, suplementacja. Nie dopuszczałam do siebie myśli, ze mogą odezwać się kolana lub mogę mieć inne problemy na trasie. Skorzystałam na miejscu z usługi tapowania kolan i reanimacji mojego kręgosłupa. Załamanie pogody oraz porządne opady deszczu trochę podcięły mi skrzydła. Wiedziałam po doświadczeniach z października, że będzie błoto, będzie ślisko, będzie rzeź. W nocy przedstartowej nie zmrużyłam oka. Jak tu usnąć, jak zaraz po północy trzeba wstać? O 1:30 mieliśmy być w autobusie, który miał nas zawieźć na start. W Komańczy sączy deszcz, morze biegaczy, Wiewiórka na Drzewie gra na bębnach. Jestem spokojna, chodź sygnalizuję Arkowi, że bolą mnie lędźwie.

Pierwsze kilometry upływają dość szybko. Lawina biegaczy z latarkami biegnąca po ciemku sprawia niesamowite wrażenie. Po wejściu na szlak jest dość luźno. Pełne skupienie. Noga za nogą, oczy skierowane w dół. Arek z zegarkiem w ręku pilnuje naszej suplementacji. Przyjmujemy elektrolity, żele, przekąski. Główny ciężar bagażu ma na swoich plecach. Mało rozmawiamy. Słucham uważnie komunikatów Arka. W pełni mu ufam. Bazuję na jego ogromnym doświadczeniu. Biegnie Rzeźnika przecież 7 raz. Słyszę „zwolnij…”, „czy masz może ochotę trochę pobiegać”, „jak się czujesz”. W głowie mam zakodowane, że poza słuchaniem mam również mówić, gdy cokolwiek będzie odbiegać od normy. Przepaki - mam wrażenie - że sprawnie nam wychodzą. Bez zbędnego ociągania. Podchodzimy zadaniowo. Dzielimy się rolami. Mimo wszystko spędziliśmy tam ponad 25 minut. Już wiem, dlaczego Ci, co chcą zrobić wynik, mają gotowe plecaki na podmianę. My musieliśmy po pierwsze uzupełniać płyny, dopakować jedzenie. Po drugie zostawić to, co już jest w danym momencie zbędne. W locie złapać jakąś przekąskę. Z punktów wychodziłam jeszcze z pełnym kubkiem coli.

Najbardziej dłuży mi się odcinek między 49 km a 68 km. Czekam z utęsknieniem na kolejny punkt odżywczy. To małe urozmaicenie na trasie po wszędobylskim błocie. Zafundowałam sobie błotne SPA trzy razy. Niestety raz upadłam na kolana…. Nic się nie stało, ale strach się wyostrzył. Włączyła mi się jeszcze większa rozwaga, ostrożność. Czasami oddaje Arkowi swoje kije do niesienia. Jak mi się wtedy lekko biegnie… Podczas biegu na trasie jest sporo fotoreporterów. Wzbudzam zainteresowanie, że ja taka uśmiechnięta i świeża. Ba! Przecież ja nie wyszłam jeszcze ze strefy komfortu. Jak robiło się za ciężko, wystarczyło chwilę przystanąć, napić się wody czy izotonika, sięgnąć po przekąskę i dalej przeć do przodu. Podczas biegu ani razu nie łapią mnie skurcze, nadal nie wiem, co to ściana w języku biegaczy.

To już jest meta….
Słyszę: „podaj mi rękę….” Ogarnia mnie ogromna radość! Tak! Można ukończyć Rzeźnika bez marudzenia! Czy ja już jestem Ultraską?- myślę. Podobno prawdziwym Ultrasem jest się wtedy, gdy przebiegnie się 100 km po asfalcie! Powiem Wam tak: z pewnością jestem TRI Rzeźniczką! I to mi wystarczy.

A na mecie, poza euforią, same niespodzianki. Poza ogólnym zmęczeniem mogłam normalnie chodzić. Schody nie były mi straszne- a mieszkam na 3 pietrze.
Dobór partnera w trakcie całego procesu przygotowawczego, jak i samego biegu jest kluczowy. Arek sprawdził się doskonale. Arku bardzo Ci dziękuje. Za wszystko. Również za targanie mojego bagażu. Wiem, że gdybym wybrała innego partnera, mój debiut nie byłby taki udany.

Kinga Majewska

P.S. Mam ochotę na powtórkę.

Ostatnio zmieniany wtorek, 01 sierpień 2017 15:07

Dodaj komentarz

Przed zamieszczeniem komentarza zapoznaj się z Regulaminem

Kod antyspamowy
Odśwież

Log in or create an account