WIADOMOŚCI

Złamany post

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

W XVI-XVII w. mówiono, że szlachcic mazowiecki woli człowieka zabić niż post złamać.

Tradycja surowego przestrzegania postów, choć w nie aż tak skrajnej formie, zachowała się na Mazowszu co najmniej do końca XIX w. Tadeusz Marian Daszewski (1882-1972), dziedzic Nowej Wsi koło Warki, kawalerzysta, patriota, pionier sadownictwa w Grójeckiem, do końca życia wspominał grzech z dzieciństwa, jakiego dopuścił się w Wielki Piątek w rodzinnym domu w Brzuminie koło Czerska.

Wychowany w duchu katolickim, przyzwyczajony do przestrzegania obrzędów religijnych i postów, wyobrażał sobie, że zjedzenie mięsa w Wielki Piątek wywołałoby światowy kataklizm. A jednak w dziecku zwyciężyła pokusa grzechu.
 
Idą święta
Państwo Daszewscy, rodzice bohatera naszej opowieści, zawsze starannie przygotowywali się do Wielkanocy. Tak było także wtedy. Tydzień przed świętami w domu ogłoszono powszechną mobilizację kobiet odpowiedzialnych za sporządzenie świątecznych potraw. Zaczęło się jednak od wyroku wykonanego na ogromnym wieprzu, tak upasionym, że z trudem wstawał o własnych siłach i – już przed tragicznym końcem – konsumował, siedząc na zadnich łapach. Na szafot poszły indory, prosięta i inne boże stworzenia. Przystąpiono do robienia wędlin i pieczenia ciast, aby dogodzić podniebieniom licznej rodziny, mającej zjechać na święta.

Baby i mazurki
Chlubą brzumińskiego domu były wielkanocne baby. – Co mi tu Dominiakowa za plewy przyniosła! – strofowała pani Daszewska służącą. – Miała być najlepsza mąka, ogrzana i wysuszona w piecu chlebowym.
Do pieczenia bab używano także: drożdży, żółtek, masła, cukru, rodzynków, migdałów, skórek cytrynowych i pomarańczowych oraz cykat, czyli skórek owoców cytrusowych osmażonych w cukrze. Upieczone baby, pozostawione w glinianych formach, zachowywały wilgoć i smak aż do Zielonych Świątek!

Po babach przychodziła kolej na mazurki (niskie, słodkie ciasta): czekoladowe, daktylowe, makaronikowe, pomarańczowe i „cygany”. Nie obeszło się, rzecz jasna, bez sernika, dziada, parzonego ciasta bobowego (przekładanego kilkakrotnie warstwami konfitur, rodzynków, siekanych migdałów i orzechów), o biszkoptowo-piaskowcowym sękaczu nie wspominając.

Grzech
W Wielki Piątek, gdy w kuchni wykańczano jeszcze święcone, w spiżarni stoły uginały się już pod ciężarem wspomnianych ciast oraz baleronów, szynek, kiełbas, kiszek, pasztetowej, polędwic, indorów, pieczonej wołowiny, prosiąt (pieczonych, nadziewanych, „gotowanych pod chrzanem”), rostbefów, czyli mało wypieczonej pieczeni wołowej itd.
Korzystając z zamieszania w kuchni, Tadzio i Jasio Daszewscy zakradli się do spiżarni. Nie wiadomo, czemu upatrzyli sobie akurat pieczonego prosiaka.
– Musi mieć smaczne uszy – powiedział Tadzio, przyglądając się prosięciu. – Wziąłeś nóż?
– Tak – odpowiedział Jasio, wręczając nóż (wykradziony Dominiakowej) młodszemu bratu, prowodyrowi całej sytuacji.
Odcięcie prosiakowi uszu poszło im jak po maśle. Zaraz potem w ich sercach pojawił jednak niepokój. Gdy przyszło do pałaszowania ucha, Tadzio jakby znieruchomiał.
– Boisz się? – zapytał drżącym ze strachu głosem Jaś.
Tadzio bał się, i to jak, ale wobec pomówienia o tchórzostwo, bohatersko wpakował ucho prosiaka do ust. Jaś zrobił to samo. Z bijącymi sercami, wtuliwszy głowy w ramiona, czekali co najmniej na trzęsienie ziemi.

Kara
Mijały sekundy, minuty, a katastrofy ani widu, ani słychu. Uznawszy, że Dominikowa naplotła jakichś banialuk, aby ich nastraszyć, wrócili do grzesznego ucztowania. Nawet nie zauważyli, jak w progu spiżarni stanęła z rózgą matka. Udzieliła im tak przekonującej lekcji religii, że od tej pory w każdy Wielki Piątek unikali już pieczonych prosiaków jak diabeł święconej wody.

Remigiusz Matyjas

Ostatnio zmieniany środa, 04 kwiecień 2018 10:45

Dodaj komentarz

Przed zamieszczeniem komentarza zapoznaj się z Regulaminem

Kod antyspamowy
Odśwież

Log in or create an account