WIADOMOŚCI

Korona królów - serial nie pierwszy i nie ostatni

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Już od kilku miesięcy możemy oglądać „Koronę Królów”. Telenowelę opowiadającą o życiu Kazimierza Wielkiego, reklamowano jako „pierwszy serial Telewizji Polskiej przedstawiający średniowieczną historię Polski”.

Król Kazimierz Wielki, który zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną, mąż czterech żon, posiadacz licznych kochanek, z piękną Żydówką Esterką na czele, to rzeczywiście postać idealna na bohatera filmowej opowieści, co już w 1975 r. udowodnili Ewa i Czesław Petelscy, kręcąc o nim epicki obraz kinowy. Tymczasem wraz z emisją pierwszego odcinka „Korony królów”, w mediach rozpętała się istna burza: peany mieszają się z totalną krytyką.

Nie pierwszy
„Korona królów” nie jest wcale pierwszym polskim serialem o średniowieczu. Nie zapominajmy o „Gniewku, synu rybaka”, „Znaku orła”, „Przyłbicach i kapturach” czy „Królewskich snach”. Wszystkie powstały w czasach PRL-u, będąc rodzimą odpowiedzią na zachodnie produkcje serialowe takie jak: „Ivanhoe”, „Przygody sir Lancelota”, „Przygody Robin Hooda”, „William (Wilhelm) Tell” i „Thierry Śmiałek”, które w latach 60. i 70. puszczano w polskiej telewizji. Który chłopiec nie chciał wtedy strzelać z łuku jak Robin Hood, z kuszy jak Wilhelm Tell, a z rzymskiej procy jak Thierry Śmiałek?

Chybione porównanie
Zestawianie „Korony królów” z amerykańską „Grą o tron” to  przesada, co zresztą przyznał sam Jacek  Kurski, prezes Zarządu Telewizji Polskiej. Po pierwsze Amerykanie robią film fantasy, a Polacy, choć od fabuły nie da się uciec, film historyczny, aspirujący do opisu epoki Kazimierza Wielkiego. Po drugie budżety obu przedsięwzięć są nieporównywalne. Twórców „Korony królów” nie stać na budowę efektownych dekoracji czy niekończące się plenery, więc nie spodziewajmy się tu rozmachu rodem z Hollywood. Owszem, może udałoby się wygospodarować parę złotych więcej na serial, ale przecież na sylwestrowy koncert w Zakopanem należało sprowadzić światową gwiazdę, śpiewającą z playbacku dwie piosenki  za 450 tysięcy złotych!

Gorzka pigułka
Zatem scenografia nie grzeszy polotem, Łokietek wypada groteskowo, niektóre sceny zatrącają kiczem, mówi się tylko i mówi, jakby nie było miejsca na refleksyjną pauzę czy wyciszający krajobraz. „Korona królów” nie jest jednak filmem aż tak słabym, jak dowodzą krytycy, zestawiający ją czasem z serialami dzieciństwa. Czy nie jest trochę tak, że po latach wszystko widzimy wspanialszym, niż było w istocie? Gdybyśmy teraz obejrzeli serial „Ivanhoe”, pewnie zszokowałaby nas jego koturnowość. Podobnie rzecz się ma z „Gniewkiem, synem rybaka” - plenerowym widowiskiem historycznym, nie do oglądania dziś tak samo, jak  nie do czytania jest Józef Ignacy Kraszewski. Wypada przełknąć gorzką pigułkę i przyznać się, że w filmach naszego dzieciństwa akcja nie zawsze  toczy się o wiele bardziej wartko niż w „Koronie królów”.

Wspominania raczej nie będzie
Cały problem sprowadza się do tego, że za 40 lat bohaterowie „Korony Królów” zapewne nie będą przez dzisiejszych nastolatków wspominani z taką nostalgią, z jaką my wspominamy rycerza Wilfreda z Ivanhoe, w którego wcielił się młody Roger Moore, późniejszy agent James Bond. Nie wynika to jedynie z poziomu artystycznego dzieła. Seriale naszego dzieciństwa miały kilka, kilkanaście, góra kilkadziesiąt odcinków, na każdy odcinek czekało się jak na święto, gdyż serial emitowano tylko raz w tygodniu w I albo II kanale Telewizji Polskiej (więcej programów nie było). A „Korona królów” wyświetlana jest cztery razy w tygodniu, od poniedziałku do czwartku, o innej porze zaś powtarzana. Produkcja serialu obliczona jest na wiele lat (czyli tysiące odcinków), więc wygląda na to, że wraz z filmem posiwieją występujący w nim aktorzy oraz najwytrwalsi widzowie. Jak można z nostalgią przywoływać coś, co ciągle trwa?

Niemoralna propozycja
Tymczasem walka o widza ma swoje prawa, więc zapewne już niedługo któraś z niepublicznych stacji telewizyjnych wypuści własną telenowelę historyczną. Można by ją osadzić w epoce Jana III Sobieskiego, tytuł: „Jachniczek i Marysieńka”. Byłoby tam wszystko: damy dworu królowej Ludwiki Marii - wabiące magnatów zabójczymi dekoltami, brutalna walka stronnictw politycznych, bitwy, medycyna, haremy i bardzo dużo staropolskiego seksu! Co najmniej trzy odcinki zajęłaby noc poślubna Marysieńki z jej pierwszym mężem Janem Zamoyskim, odprawiona w stodole pod Warką. Ponoć właśnie wtedy przyszła królowa Polski zaraziła się chorobą weneryczną, a potem – przez leczenie rtęcią – wypadły jej włosy i zęby. Która polska aktorka powinna ją zagrać?
Remigiusz Matyjas

Dodaj komentarz

Przed zamieszczeniem komentarza zapoznaj się z Regulaminem

Kod antyspamowy
Odśwież

Log in or create an account