Piątek, 15 luty 2019
Wyzwolenie 1945? „Ludzie! Nie cieszcie się, bo idziecie z jednej niewoli w drugą”

„Ludzie! Nie cieszcie się, bo idziecie z jednej niewoli w drugą” - te słowa mieszkańcy Grójca usłyszeli w styczniu 1945 r., kiedy pod ratuszem witali Polaków wkraczających do miasta z żołnierzami sowieckimi. Wzbudziły zdumienie, ale jak wspomina Hanna Wojdalska, życie pokazało, że były prorocze.

Dzień „wyzwolenia”, poniedziałek, 15 stycznia 1945 r. był mroźny, temperatura spadła do minus 20. Sowieci weszli do Grójca od strony Radomia, maszerowali na Mszczonów i Łódź, żeby okrążyć wojska niemieckie w okolicach Warszawy. Manewr skutecznie zaskoczył Niemców. Piszę słowo „wyzwolenie” celowo w cudzysłowie, bo żadnym dniem wyzwolenia nie był. W Grójcu, ani w powiecie nie było już dużych sił niemieckich. Wycofali się na Zachód, uciekając przed Armią Czerwoną. Pozostali pojedynczy żołnierze. Termin „wyzwolenie” został ukuty i propagowany przez komunistyczną historiografię i propagandę PRL, które miały na zawsze utrwalić rzekome socjalistyczne braterstwo broni polskiej i sowieckiej armii. Część ludzi wierzy w ten kłamliwy mit do dziś. W styczniu 1945 r. ani w Grójcu, ani na żadnych ziemiach polskich wyzwolenia nie było. Przyszła nowa okupacja.

Sowieci w Grójcu
Wejścia armii sowieckiej na tereny Grójecczyzny spodziewano się z niepokojem. Sowieci to 17 września 1939 r. i cios w plecy, to także trupy polskich oficerów pomordowanych strzałem w tył głowy w lesie katyńskim. To także 1/3 terytorium Polski na Wschodzie zabranego przez Sowiety przy zgodzie państw Zachodu na mocy konferencji jałtańskiej. Żywa była też pamięć o bezczynnym oczekiwaniu Sowietów na wykrwawienie się powstania warszawskiego. Biorąc to wszystko pod uwagę trudno było ze spokojem i nadzieją patrzeć w przyszłość. Jeżeli chodzi o liczby to niemiecka okupacja, która trwała na tym terenie 1956 dni, odcisnęła się krwawym piętnem na Grójecczyźnie. Z rąk okupantów życie straciło ponad 16 tys. mieszkańców powiatu, około 15 300 Żydów, 744 Polaków, do obozów koncentracyjnych wysłano 11 855 osób, 1816 aresztowano, na roboty przymusowe do Rzeszy wywieziono 6931 osób. Niemcy rabowali i palili gospodarstwa. Na powiat nałożono kontrybucję w wysokości 3,1 mln zł, spalono 468 budynków, 10 gospodarstw i wieś Łoś. Te liczbą budzą szok i zdumienie nad niemieckim bestialstwem, ale to i tak niepełne dane. Tak naprawdę do dziś nie wiadomo, jaka była całkowita skala strat.

Po wyjściu Niemców z Grójca na ulicach pojawili się żołnierze AK z biało-czerwonymi opaskami na rękawach. Zbierali broń i ukrywali ją m.in. Na starym cmentarzu w grobowcu Władysława Barzykowskiego i jego żony Kamili z Klimaszewskich, adiutanta Mariana Langiewicza. - Przez kilka godzin, od 5 do 13, Grójec był wolny, Niemcy już wyszli, Sowietów jeszcze nie było. Dowodziłem niewielkim, trzyosobowym patrolem – wspomina w rozmowie z „Życiem Grójca” Piotr Zwoliński, siostrzeniec grójeckiego proboszcza, ks. dziekana Aleksandra Bujalskiego. W styczniu 1945 r., kiedy Niemcy wycofali się z Grójca, miejscowe dowództwo Armii Krajowej powierzyło mu dowodzenie patrolem, który miał zająć budynek starostwa. - Miałem siedemnaście lat, ale dowodziłem dwoma starszymi od siebie żołnierzami. Byłem bardziej doświadczony od nich, walczyłem w powstaniu. Po drodze, w jednym z domów poczęstowano mnie świetnym grójeckim bimbrem. Prawie się udusiłem po wypiciu szklanki tego napoju. Wcześniej nie piłem alkoholu. Starostwo było zamknięte, zacząłem walić kolbą w drzwi. Weszliśmy do sali, na skutek wypitego alkoholu, zacząłem rozbijać szafkę. Na szczęście żołnierze złapali mnie i zaczęli przekonywać: - Panie dowódco, niech pan nie rozbija, bo to nasze. Nikogo w starostwie nie było, poszliśmy do „Społem”, sklep płonął, wódka płynęła rynsztokiem – wspomina mój rozmówca. - Widziałem trzech zabitych Niemców. Poszliśmy do mleczarni, część chłopaków zaczęła kopać dół, reszta pakowała broń, zwłaszcza szmajsery i krótką broń do baniek po mleku. Około 12 ustawiliśmy się i poszliśmy czwórkami do Caritasu. Zorientowałem się, że coś jest nie tak, koło budynku Caritasu stał czołg. Do budynku nie można było wejść bezpośrednio, dostępu do niego broniły zasieki zbudowane po ataku AK na siedzibę Gestapo. Wprowadzono nas do dużej sali z zakratowanymi oknami, tam był sowiecki pułkownik, komendant miasta i oficer Ludowego Wojska Polskiego (LWP) z dziwną wroną na czapce. Najpierw przemawiał Sowiet, jego słowa tłumaczył oficer. Mówił, że zwalnia nas z przysięgi złożonej w AK. Zaproponował, że możemy zachować swoje stopnie wojskowe i wstąpić do LWP z tym samym stopniem jaki miał w AK lub do Milicji Obywatelskiej. Do MO zgłosił się tylko mój kolega Kubiak, ale po jakimś czasie go wyrzucono. Kazano nam złożyć broń i rozejść się. Miałem tylko mały pistolet, tzw. siódemkę. Jeden z kolegów ucałował szmajsera i zaczął płakać, że miał ten pistolet przez całą wojnę. Łzy, ani żal nie pomogły, musiał go oddać – kontynuuje swoją opowieść Piotr Zwoliński.

 

Polska opanowana przez Sowietów nie była tą, o którą walczyli żołnierze AK. Ale najgorsze miało dopiero nadejść. - Przez dwa tygodnie był spokój, potem zaczęły się aresztowania. Ludzie zaangażowani w czasie okupacji niemieckiej w podziemie zaczęli znikać. Obawiam się, że niektórzy nigdy nie wyszli z więzienia. Do dziś nie wiadomo, kto został aresztowany i kto nie wrócił – mówi Piotr Zwoliński. Dodaje, że sowieckim terrorem w Grójcu dowodził doradca Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, Łotysz, ubierał się na czarno. Niestety, mój rozmówca nie pamięta, jak się nazywał. Siedziba Caritasu, gdzie w czasie okupacji mieściło się Gestapo, teraz stała się kwaterą sowieckiej NKWD. - Obok budynku stał oficer rosyjski, który pokazał mi drogę na górę. Po przejściu kilku schodków wyczułem, że coś jest nie tak. Chciałem zawrócić, ale że był półmrok na korytarzu, potknąłem się i wpadłem na ścianę, a enkawudzista podskoczył, wykręcił mi rękę i zaprowadził na górę. Tam odebrano mi parabellum oraz pas wojskowy, spisano protokół. Ponieważ nie miałem przy sobie dowodu, podałem zmyślone dane. Wreszcie pozwolono pójść do domu. Podobny los spotkał zaproszonych wcześniej kolegów – wspomina Ryszard Pietras, żołnierz AK i ROAK w książce „Nie po białym! Nie po czarnym!”. To skłoniło żołnierzy AK do ukrycia broni i amunicji w gospodarstwie Stanisława Pietrzaka na Kępinie.

Upadek moralności
Zajęciu miasta przez Sowietów towarzyszyły kradzieże. Ale tak było nie tylko w Grójcu. To była codzienność Armii Czerwonej, która niosła Polsce zniewolenie. - (…) rozpoczął się gremialny rabunek sklepów i magazynów. Celowali w tym żołnierze radzieccy, którzy brali, co się dało, a resztę niszczyli i podpalali. I tak spalili magazyny Syndykatu, sklep kolonialno-spożywczy pani Nowakowskiej przy ulicy Krótkich mg Radomskiej. Tego dnia przed wieczorem poszedłem do magazynu „Społem” przy ulicy Lewiczyńskiej - dawnej boźnicy - gdzie były różne towary. W mojej obecności Rosjanin ładował worek gatunkowej wódki, a także atrament w butelkach, myśląc zapewne, że to też jakiś gatunek alkoholu... Gdy wychodził, żagwią podpalił leżącą na podłodze kupę papierów i wolinę. Złapałem wówczas kawał deski i z trudem ugasiłem ogień, ratując budynek przed spaleniem – wraca do stycznia 1945 r. Pietras. Nie obyło się bez rekwizycji zegarków. - Żołnierze radzieccy wpadali do mieszkań, piwnic, lokali sklepowych. Pod pretekstem szukania „Germańców” rabowali co się dało, wiele rzeczy niszcząc. Szczególnie interesowały ich zegarki. Na każdą rękę zakładali po trzy i więcej. Szukali alkoholu, pili co się dało. W drogerii państwa Kłodosów tłukli butelki z szamponami, perfumami i wodą kolońską. Co nie smakowało – wyrzucali – wspomina Hanna Wojdalska. Nie darowali nawet przetworom. - Kiedy wpadli na posesje moich dziadków przy ulicy Mszczonowskiej nr 20, wdarli się do piwnicy - a tam prawdziwy raj. Poszły w ruch butelki z pomidorami, jagodami, ogórkami pociętymi na zupę. Zdobyty gdzieś samogon zagryzano kiszoną kapustą i ogórkami z beczki. W jedną noc zniknęły zapasy przygotowane na zimę. Nasza dzielna ciocia Nula zdołała jeno ocalić kilka słoików – weków z truskawkami, które stały w niewidocznej szafce w spichrzu – opowiada pani Wojdalska i dodaje, że podobne rzeczy działy się u jej sąsiadów.

Uciekaj, my teraz rządzimy !
Kradzież nie była tylko domeną Sowietów. Okupacja podważyła szacunek do własności prywatnej. Twarde normy moralne i poszanowanie zasad odchodziło w przeszłość. - Na ulice wyległy ludzkie hieny. Rozbijano i rabowano sklepy. I tak jak poprzedniej nocy pożar oświetlał miasto. To już nie granaty, lecz ręka ludzka podpaliła jednopiętrową długą kamienicę p. Teodozji Nowakowskiej. Równocześnie został podpalony magazyn syndykacki artykułów monopolowych i spożywczych. Należy dodać, że w ciągu minionego dnia magazyn został dokładnie splądrowany – wraca do tamtych dni Hanna Wojdalska i dodaje: - Ze sklepów płonącej kamienicy „głodny lud” rabował wszystko, co podeszło pod rękę. Ten przerażający widok potęgowały nieludzkie, a jednocześnie pełne radości krzyki. - Była to zapowiedź nadchodzącego upadku moralności – ocenia ze smutkiem. Niebezpieczeństwo czyhało nie tylko ze strony pijanych żołnierzy sowieckich. Wojna sprawia, że u wielu ludzi górę biorą najgorsze cechy. - (...) p. Irena Strońsku patrzyła na tlące się zgliszcza swojego sklepu, z których jakiś podejrzany mężczyzna wyciągał ocalałe z pożaru rzeczy. Zdziwiona zwróciła mu uwagę. W odpowiedzi usłyszała wiązankę nieparlamentarnych epitetów z dodatkiem: „Uciekaj, my teraz rządzimy”. Właścicielka odeszła ze łzami w oczach. Ważniejsze było życie – kontynuuje swoją podróż w przeszłość Hanna Wojdalska.
Osobom szerzej zainteresowanym tematem polecam następujące książki, z których zaczerpnąłem część cytatów: Ryszard Pietras, Nie po białym! Nie po czarnym!; Zdzisław Szeląg, 15 stycznia 1945 we wspomnieniach Grójecczan; Warto też sięgnąć do doskonałej powieści o wojennych i powojennych dziejach Grójca Mirosława Prandoty, Łańcuch krwi.

Tomasz Plaskota

Log in or Sign up