WIADOMOŚCI

Cena złudnego poczucia wolności...

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Sady prześwietlone! Ostatnie patyki spłonęły na stosie albo padły ofiarą ostrych noży bezwzględnej kosiarki. To jednak ledwie skromna uwertura do prawdziwej wiosny prawdziwego sadownika.

Sadownik podczepia do ciągnika opryskiwacz i rusza na półroczną wojnę. Sęk tylko w tym, że niemal już nie wie, z czym lub z kim walczy. Z parchem jabłoni czy z samym sobą?

Przed wielu laty, aby mieć coś z owoców, wystarczał sad składający się z kilkuset drzew, a w sezonie wykonywano parę zabiegów chemicznych.

Huragany i siwki
Stosowano opryskiwacze ręczne, aż pod koniec lat 50. XX w. pojawił się opryskiwacz konno-motorowy typu Huragan, hit Zakładów Przemysłu Terenowego w Grójcu. Legendarne huragany zrewolucjonizowały ochronę naszych sadów, wpisując się w filozofię profesora Szczepana Aleksandra Pieniążka. O ich skuteczności przekonały się nie tylko szkodniki i choroby, lecz także biedne siwki – ufarbowane cieczą kalifornijską, cieczą bordoską lub krezotolem. Żółta kobyła, ciągnąca ów cud techniki, pięknie korespondowała z bielą kwitnących sadów.

Co dzień, co noc
Zauważmy, że wtedy w kwitnienie praktycznie nie pryskano, co teraz – choćby ze względu na parcha i  szarą pleśń – jest rzeczą nie do pomyślenia. Obecnie gęsto posadzone jabłonki (kilka tysięcy na hektarze) traktuje się chemią niemal bez przerwy: 40 zabiegów w sezonie to minimum. Im większy sad, tym więcej pryskania, nawet w niedzielne poranki czy wieczory.

Mała wojna
Zatem w Grójeckiem powszechnym widokiem są wspaniali mężczyźni uzbrojeni w przeróżnych kształtów opryskiwacze, w niczym nie przypominające muzealnego huraganu. Owi niewolnicy własnego bogactwa pędzą na kosmicznych maszynach jak natchnieni, budząc – jako tzw. milionerzy – zazdrość mieszkańców miasta, narażając się – jako przegrani w nierównej walce z przyrodą – na szyderstwo ze strony miodówki czy mszycy.

Degustacja w amoku
Sadownikom niestraszna jest nawet burza. Kiedyś, wieczorową porą, nie zważając na wiatr i pioruny, jeden z nich wybrał się do ogrodu. Jechał ursusem powoli, z gołą głową, w rozpiętej koszuli, przeżuwając kanapkę. W końcu zatrzymał się wśród ukochanych idaredów. Puścił w ruch wałek odbioru mocy, pobudzając do życia opryskiwacz. I zaczęła się majestatyczna jazda wśród rozkołysanych wiatrem jabłoni, podczas której rozkoszował się wyciem ślęzy, łapczywie wdychając opary wszechobecnej cieczy kalifornijskiej, niemalże ją pijąc, kropelka po kropelce. Gdyby silny podmuch porwał go z traktorem i opryskiwaczem w zaświaty, pewnie nawet by tego nie zauważył, wciąż smakując osławioną ciecz, tj. mieszankę siarki i wapna, niczym francuskie wino.

Ucieczka donikąd
Magia? Coś w tym jest. Pierwsza wizyta w sklepie ze środkami ochrony roślin po zimowej przerwie. Charakterystyczny zapach momentalnie przyprawia Cię o ból głowy. I już wiesz, czego Ci brakowało. Miedzianu zmieszanego z cyperkillem, chwastoxu  zmieszanego z roundupem, a także wielu innych trucizn. Gotowania cieczy w dziurawym kotle. Przekrwionych oczu i poparzonych dłoni. Usprawiedliwionych wojną z parchem ucieczek z domu, w którym zazwyczaj jesteś już pasożytem, a już na pewno gorzej pryskasz niż sąsiad. Złudnego poczucia wolności, które warte jest wszystkich pieniędzy wziętych za jabłka, o kredytach i zdrowiu nie wspominając.

Remigiusz Matyjas

Ostatnio zmieniany czwartek, 11 maj 2017 13:42

Komentarze  

0 #3 Sadownik 2017-05-11 20:12
Proponuję, aby Pan Remigiusz polał osławioną przez niego siarką kanapkę i ją zjadł :)
Mądrzejszy nie będzie, ale głupszy raczej też już nie.

Niesmaczny jest fakt opublikowania czegoś tak szyderczego w kierunku sadowników.
Cytować
0 #2 Mszyca 2017-05-11 14:03
Przerost formy nad treścią. Puste i mało zabawne.
Cytować
0 #1 Sierżant 2017-05-11 12:10
Zastanawia mnie czy pan Remigiusz pracował w sadzie czy tylko zbierał śliwki? Cały "artykuł" jest krzywdzący i szyderczy.
Cytować

Dodaj komentarz

Przed zamieszczeniem komentarza zapoznaj się z Regulaminem

Kod antyspamowy
Odśwież

Log in or create an account