WIADOMOŚCI

Jak zabawa to tylko w Grójcu

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Święto Kwitnących Jabłoni na dobre rozgościło się na placu targowym w Kobylinie, ale część imprez nadal odbywa się na śródmiejskim rynku.

W tym roku bawiliśmy się więc przy przebojach m.in. Izabeli Trojanowskiej, Sławomira, zespołu Pectus – w sobotę oraz drugiego dnia oklaskiwaliśmy Sektor A, zespół Hamak, Michała Milowicza oraz Aleksandrę Szwed, a na zakończenie Lady Pank. Dodajmy jednak, że weekendowy festyn był jedynie kulminacją wydarzeń kulturalnych całego tygodnia.

W sobotę jako pierwsza z gwiazd na scenie pojawiła się Izabela Trojanowska. Przy jej muzyce trudno wprawdzie wpaść w taneczny szał, ale okazało się, że nie tylko słucha się jej z przyjemnością, ale również na nią patrzy...


Z sentymentem
Trochę obawialiśmy się, czy występ Izy Trojanowskiej jest dobrym wyborem na tego rodzaju festyn. Okazało się, co tu dużo mówić, że dojrzała (ur. 22 kwietnia 1955 roku w Olsztynie) artystka nadal uwodzi fanów swoim drapieżnym głosem i wizerunkiem. Choć dziewczęta nie obcinają już (jak niegdyś) włosów „na Trojanowską”, a jej największe przeboje:„Wszystko, czego dziś chcę”, „Pieśń o cegle” i „Tyle samo prawd” słucha się z przyjemnością, choć może bardziej z sentymentem.
 
Z gustami się nie dyskutuje
Po tym nostalgicznym nieco wstępie pustawy raczej plac targowy z minuty na minutę zapełniał się fanami muzyki prostej, łatwej w odbiorze i rytmicznej do bólu. Po Trojanowskiej bowiem na scenie miał za chwilę pojawić się...Sławomir wraz zespołem „Trzymamy się Zapały”. Niestety, to kolejny fenomen naszej sceny muzycznej, który przebojem „Miłość w Zakopanem” wdarł się na jej szczyt i może teraz - bez umiaru - polewać się szampanem. Przez kilkadziesiąt minut staraliśmy się zrozumieć tajemniczą moc tej muzyki i jak byliśmy ciemni, tak pozostajemy z nierozwiązanym problemem. Nie tylko zespół, ale i fani trzymają się Zapały podrygując przy dyskotekowej (Sławomir nazywa to rock polo) wersji właściwie wszystkich jego „kawałków” (w większości coverów). Ale z gustami ponoć się nie dyskutuje, więc z pokorą przyjęliśmy upodobania widzów. A przyszło na koncert Sławomira ponad 10 tys. fanów, co sprawiło, że plac targowy szalał i śpiewał, jak podczas „niezapomnianego” popisu sprzed dwóch lat Zenka. Jemu na szczęście w połowie występu popsuło się nagłośnienie.
 
Z remizy do filharmonii
Właściwie Sławomir miał szczęście. Zaraz po jego występie zaczął padać deszcz i sporo widzów postanowiło zakończyć na tym pierwszy dzień Święta Kwitnących Jabłoni. Zaledwie połowa widowni miała więc okazję przenieść się z „występu w remizie na koncert w filharmonii”. Scenę i serca widzów na kilkadziesiąt minut opanowali czterej bracia Szczepanikowie, czyli zespół Pectus, którzy uzmysłowili nam czym może być i jest artyzm w piosence. Pochodzą z Bogoniowic koło Ciężkowic, a więc takiej małej Ojczyzny jak Grójec (podkreślają to wszędzie). Liderem zespołu jest Tomasz Szczepanik. Podczas godzinnego występu usłyszeliśmy różnorodne brzmienia, nawet trochę bluesa i country. Fantastyczny duet Tomasza z Kayah, gdy on grał na pianinie, a ona wtórowała mu z wielkiego ekranu na scenie. To była muzyczna perełka. Ale takich brzmieniowych rarytasów było więcej. Pectus po prostu nas zachwycił – z pewnością był to jeden z najlepszych koncertów w historii Dni Kwitnących Jabłoni.
 
Nasze dinozaury
W niedzielę występy zainaugurował grójecki zespół Sektor A (wywodzi się ze Średniej 55). Właściwie można by było na tym stwierdzeniu poprzestać. Ale chwilę wcześniej na scenie pojawili się laureaci grójeckich festiwali, a szczególnie tegorocznego Festiwalu Piosenki Angielskiej. Z pewnością nie są to profesjonaliści, ale trudno im odmówić dobrych głosów. W tej sytuacji nie będziemy już wspominać, jak z nutkami walczyła solistka Sektora A. Na szczęście dinozaury grójeckiej sceny całkiem dobrze radzą sobie jako instrumentaliści i nadal mają swych fanów.

Zjawiskowa Szwed
Po nich na scenie pojawili się najpierw Hamak Band i następnie Michał Milowicz. Powiedzmy szczerze – występy przeszły bez większego echa. Większość publiczności czekała bowiem na dwie ostatnie gwiazdy wieczoru – Aleksandrę Szwed z zespołem i Lady Pank. Ola była, a może raczej nadal znana jest z telewizyjnych seriali. Okazuje się jednak, że świetnie prezentuje się na scenie i... potrafi śpiewać. Wtajemniczeni mówią, że młoda piosenkarka, zyskująca coraz większą popularność, dotąd nie stworzy show na scenie, dopóki nie wylansuje wielkiego przeboju. Ma właściwie wszystkie atuty, prezentuje się zjawiskowo, ujmuje egzotyczną urodą i dobrym głosem. A gdyby tak bardziej „poszła” w repertuar latynoski? Covery nie przyniosą jej chyba sławy, co, niestety, odczuła nie mogąc nawiązać bliższego kontaktu z grójecką publicznością.

Fani śpiewali z Lady Pank
Natomiast nie mieli z tym żadnego problemu starzy wyjadacze z Lady Pank. Wystarczyło, aby Panasewicz wyciągnął mikrofon w stronę publiczności i zasugerował, żeby śpiewała za niego. Kilkunastotysięczny (chyba taki, jak na Sławomirze) tłum podchwytywał słowa i niosło się na cały Kobylin: Mniej niż zero, albo Mogłaś moją być, Kryzysową narzeczoną, Razem ze mną pić, To, co nam tu naważono. Choć najlepiej chyba poszło z fragmentem: Wszystko było by inne, Gdybyś tu była, ja wiem, Nie tak trudne i dziwne, Gdybyś tu była, ja wiem. Warszawa okazała się widowni bardzo bliska... Panasewicz znakomicie radził sobie z publicznością, choć - być może było to jedynie złudzenie – był oszczędny w scenicznym geście.
 
Wesołe miasteczko
Święto Kwitnących Jabłoni po prostu rozkwita na placu targowym. Oczywiście jeżeli przyjmie się założenie, że ma to być impreza o charakterze ludowym, w której obok sztuki na wysokim poziomie, toleruje się tę bardziej jarmarczną.
Przez dwa weekendowe dni nie mniejszym zainteresowaniem, niż artystyczne występy, cieszyły się także inne atrakcje przygotowane przez organizatorów. Jedni więc próbowali zmierzyć siłę swego ciosu na specjalnym mierniku, inni celność oka na strzelnicy. Królowało jednak wesołe miasteczko z karuzelami, huśtawkami, zjeżdżalniami i elektrycznymi samochodzikami. Co chwila pod niebo wylatywały dwa ramiona wielkiej huśtawki, a po drugiej stronie placu szalone skręty robiła maszyna przypominająca olbrzymią, ażurową pałkę do ubijania piany. W środku kilkanaście osób wydawało się przeżywać najszczęśliwsze chwile swego życia...

W piwnym ogródku
Najmłodsi smakosze delektowali się cukrową watą, popcornem, obwarzankami lub prażynkami. Nieco starsi mieli do dyspozycji sektor biesiadny na kilkaset miejsc. Przez dwa dni po godzinie osiemnastej nie było tam wolnego miejsca. Obok wesołego miasteczka, tam najbardziej można było odczuć nastrój ludowego festynu z dawnych lat, pięknej, nieskrępowanej zabawy w rodzinnym gronie, która pozwala oderwać się na chwilę od codzienności.

Leszek Świder

Imprezy towarzyszące



Na szczęście święto sadowników nie przerodziło się w festyn wyborczy, choć mieliśmy takie obawy. W pewnym momencie na placu targowym pojawił się dawno tu nie widziany poseł, minister Marek Suski. Chyba jednak nierozpoznany, zniknął w tłumie zachowując anonimowość.

Dodaj komentarz

Przed zamieszczeniem komentarza zapoznaj się z Regulaminem

Kod antyspamowy
Odśwież

Log in or create an account