Czwartek, 12 grudzień 2019
Nie wszystko złoto, co się świeci

Dotacje, dofinansowania, środki zewnętrzne – mniejsza o to, jak je nazwiemy – są obiektem pożądania samorządowców i innych osób wykonujących prace dla ogółu. Bez tych dodatkowych pieniędzy coraz trudniej bowiem modernizować drogi, budować boiska czy remontować szkoły. A bez inwestycji trudno potem wygrywać wybory. Warto jednak pamiętać, że dofinansowania mają często swoją ciemną stronę.

Mniej więcej rok temu jeden z bardzo doświadczonych samorządowców z terenu powiatu grójeckiego stwierdził, że jego gminie nie byłyby potrzebne żadne dotacje, gdyby budżet państwa pokrywał koszty utrzymania oświaty. Jeśli spojrzymy na liczby, trudno odmówić mu racji.


Tanie za własne środki
Dla potwierdzenia tych słów zobaczmy, jak wyglądał plan dochodów i wydatków gminy Grójec przewidziany do realizacji w tym roku. Dział „oświata i wychowanie” miał – według szacunków – kosztować nasze miasto niemal 40 mln złotych. Jak się później okazało, ta kwota na pewno nie pokryje wydatków, ponieważ rząd w połowie roku ustawowo przyznał nauczycielom podwyżki, nie zapewniwszy samorządom wystarczających środków na ten cel. Tymczasem subwencja oświatowa przyznana Grójcowi wyniosła niecałe 19,96 milionów złotych. Nie trudno policzyć, że aby sfinansować wszystkie zadania oświatowe, gmina musi z innych źródeł znaleźć w swoim budżecie przeszło 20 milionów.
A teraz załóżmy, że te 22-23 miliony, które gmina dokłada z własnego budżetu do oświaty, samorząd może przeznaczyć na inwestycje. W zasadzie programy dotacyjne stałyby się niepotrzebne, gdyż co roku miasto mogłoby budować drogi, szkoły, sieci wodociągowe i kanalizacyjne za kilkadziesiąt milionów złotych, bez konieczności zadłużania się. Mało tego, śmiem twierdzić, że inwestycje realizowane tylko za własne pieniądze byłyby tańsze, ponieważ wtedy nie trzeba byłoby sugerować się różnymi, często mało praktycznymi, wymogami związanymi z pozyskaniem dotacji.

Narzędzie kontroli
Nie mam jednak złudzeń – żaden rząd, ani obecny, ani przyszły, nie wpompuje w oświatę takich pieniędzy, by samorządy nie musiały dokładać do niej z własnej kieszeni. Nigdy do tego nie dojdzie, ponieważ politycy straciliby wówczas kontrolę nad gminami i powiatami. Wolą więc wymyślać programy dofinansowujące, gdyż to wszelkiego rodzaju środki zewnętrzne są świetnym narzędziem kontroli i wymuszania posłuszeństwa.
Samorządy, zwłaszcza te mniejsze i biedniejsze, są finansowo uzależnione od decyzji politycznych. Wójtowie i burmistrzowie jeżdżą więc do ministerstw i innych urzędów (w tym do urzędów marszałkowskich, które także są organami samorządowymi) dysponujących pieniędzmi, prosząc uniżenie o dofinansowanie. Nie należy też zapominać o zapraszaniu oficjeli (przede wszystkim przed zbliżającymi się wyborami) na lokalne uroczystości. Przydaje się w takich przypadkach umiejętność lawirowania. Nigdy bowiem do końca nie wiadomo, kto zwycięży w wyborach. Wszystko to robi się w nadziei, że gdy dojdzie do krojenia tortu, jakiś kawałeczek, chociażby niewielki, trafi na nasz talerz.
W świecie samorządowym, żeby otrzymać dofinansowanie, trzeba napisać wniosek, załączyć wymagane dokumenty i… postarać się o poparcie w instytucji przyznającej środki. Czasem nawet ten trzeci, polityczny element góruje nad dwoma pozostałymi. „Dostanie kasę, ten, kto ma dostać” – tak często mawiają włodarze gmin, nawiązując do tego, że nawet nie najlepszy wniosek może znaleźć się wysoko na liście rankingowej.
Oczywiście nie twierdzę, że tylko odpowiednie ustawienie polityczne decyduje o przyznaniu dofinansowania. Znam bowiem wiele przypadków, że gmina niekoniecznie płynąca z rządowym nurtem otrzymuje duże środki zewnętrzne. Łatwiej jednak wyszarpać swój kawałek tortu, jeśli pan minister albo pan dyrektor z ministerstwa patrzy na nas łaskawym okiem.

Walka o punkty
Zwykle dotacje dla instytucji publicznych są bardzo mocno obwarowane różnymi przepisami, zasadami i warunkami. Często wygląda to tak, że wniosek o dofinansowanie modernizacji drogi musi zdobyć odpowiednią liczbę punktów. Za co zdobywa się punkty? Na przykład za to, że droga gminna ma połączenie z drogą wyższego rzędu (czyli z powiatową, wojewódzką lub krajową). Punktację podwyższa też fakt, iż przy drodze znajdują się miejsca typu: sklepy, szkoły, urzędy, kościoły, ośrodki zdrowia, zakłady pracy itd. Prowadzi to do sytuacji, w której do dofinansowania zgłasza się przede wszystkim trasę, która spełnia warunki i zdobędzie dużo punktów, niż tę, która w pierwszej kolejności wymaga remontu. Stąd też problemy ze znalezieniem w budżecie samorządu środków na asfaltowanie dróg wiejskich, które nie spełniają wymogów punktacji.
W zasadzie jedynym programem uwzględniającym dofinansowania na wiejskie drogi, przy których nie ma ani zakładów pracy czy sklepów, ani nie ma połączenia z trasą wyższego rzędu, jest Fundusz Ochrony Gruntów Rolnych (FOGR). Trzeba jednak zauważyć, że środki z FOGR-u zazwyczaj umożliwiają prace modernizacyjne jedynie na niewielkich, kilkusetmetrowych odcinkach.

Po pierwsze przepisy
Kolejny problem to ogromna biurokracja. Jeżeli gmina chce uzyskać dofinansowanie na modernizację fragmentu drogi o długości 1001 metrów z Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich musi do wniosku załączyć tzw. decyzję środowiskową. Na wydanie takiego dokumentu trzeba czekać w najlepszym wypadku kilka miesięcy, a w wielu przypadkach ponad rok. Co ciekawe, gdy odcinek drogi przeznaczony do przebudowy ma 997 metrów, decyzja środowiskowa już nie jest wymagana.
Inny przykład z powiatu grójeckiego – droga nie zakwalifikowała się do dofinansowania, ponieważ planowany chodnik będzie zbyt wąski, o 20 centymetrów węższy niż wymaga tego regulamin. Na nic tłumaczenia, że nie ma miejsca na szerszy chodnik, bo i z jednej, i z drugiej strony ograniczają go zabudowania. Nie można też zwęzić jezdni. Nie ma znaczenia, że dobra nawierzchnia jest potrzebna, bo droga prowadzi do apteki, do ośrodka zdrowia, bo sporo osób przy niej mieszka. Wniosek został odrzucony. A gmina, jeśli chce kiedyś ponowić próbę pozyskania środków na inwestycję, musi wystąpić do ministra o odstępstwo od przepisów techniczno-budowlanych. Taką decyzję minister wydaje około roku, albo i dłużej.

Towary nie pierwszej potrzeby
Często też programy dotacyjne zupełnie nie przystają do rzeczywistości oraz potrzeb lokalnych społeczności. Niedawno pojawiła się na przykład możliwość pozyskania środków na budowę otwartych stref aktywności (OSA). Czy takie inwestycje są niezbędne czy nie, samorządowcy dość chętnie pisali wnioski o dofinansowanie. Strefy powstały więc jak grzyby po deszczu w wielu wsiach i mniejszych miastach. Niestety, najczęściej obiekty te świecą pustkami. Jak widać, nie przypadły one raczej do gustu Polsce lokalnej.

Realia
System dotacyjny jest taki, jaki jest. Nie ma żadnej woli politycznej, aby go zmieniać. Politycy chcą mieć kontrolę, a urzędnicy chcą mieć pracę. Na tym to polega. Nie zmienia to jednak faktu, że samorządy powinny być aktywne w rywalizacji o środki zewnętrzne. Jest to bowiem w obecnych realiach w zasadzie jedyny sposób na rozwój infrastrukturalny i na pomnożenie własnych zasobów. Bo tylko za swoje pieniądze gminy, zwłaszcza te małe, niewiele mogą… Recepta na sukces? Prawidłowy wniosek i zręczna dyplomacja.

Dominik Górecki