czwartek, 24 wrzesień 2020
Coś z niczego, czyli nie ma głupich marzeń

Z Robertem Małkiem, prezesem gminnego klubu piłkarskiego GPSZ Głuchów, rozmawia Szymon Wójcik.

 

Ile lat jest Pan prezesem GPSZ Głuchów?

Robert Małek: Od roku 2004, czyli od samego początku istnienia klubu. W rozgrywkach wystartowaliśmy w 2009 r.

Jakie były początki drużyny i boiska?

Podpatrzyliśmy inną gminną drużynę – Lesznowolę, która grała na swoim własnym boisku. Na treningi do pobliskiego sołectwa jeździło 6 ludzi z Głuchowa. W naszej wsi też było boisko, ale niepełnowymiarowe. Zanim powstał klub, był tutaj jakiś Ludowy Zespół Sportowy. Pamiętam stary zdezelowany autobus i piach pokrywający większość boiska. Zaczęliśmy kopać tutaj w piłkę albo w parku przy szkole. Wpadłem na pomysł, żeby odbudować boisko i drużynę. Odradzano mi to, ale postanowiłem spróbować i w pierwszej kolejności zwróciłem się o pomoc do władz gminy. Dostałem informację, że dostanę pomoc wtedy, kiedy to boisko już będę miał (śmiech). Zaczęliśmy sami to robić, z wielką pomocą pana Zygmunta Frączaka i lokalnej społeczności. Zupełnie bezinteresownie przyjechał swoją koparką kopać, wycinać i dokonywać wszelkich prac, których człowiek nie jest w stanie wykonać samemu. Usunęliśmy karpy, nawieźliśmy ziemię i trochę gruzu. Udało się! Boisko było oczywiście początkowo bez ogrodzenia. Dużo pomogła również sołtys, pani Barbara Pawlak.

A jak wyglądał start w rozgrywkach ligowych?

Jak zaczynaliśmy, było tylko boisko i dwa przystanki przeznaczone na ławki dla rezerwowych drużyn. Teraz przepisy nie dopuściłyby żadnego obiektu w takim stanie. Nie mieliśmy też pieniędzy, toteż pierwszy sezon graliśmy w zasadzie bez żadnego budżetu. Wszystko opierało się na składkach, a w głównej mierze na moim graniu po weselach. Połowa zarobionej kasy szła na opłacenie sędziów, a druga połowa trafiała do żony (śmiech). Nie było szatni, zawodnicy przebierali się w samochodach. Drużyny przyjezdne nie były z tego zadowolone, więc podstawialiśmy bus, w którym można było się przebrać. Po rozegraniu pierwszej jesiennej rundy, dzięki poparciu lokalnej społeczności, z funduszu sołeckiego sfinansowaliśmy zakup szatni. Zrobiliśmy sami wylewkę i przygotowaliśmy teren. Z drugiego funduszu sołeckiego zakupiliśmy trybuny.

Były jakieś chwile zwątpienia?

Jasne, że były. Trudne chwile są do tej pory, kiedy co jakiś czas ktoś coś tutaj zniszczy i w sumie nie wiadomo dlaczego. Wyjątkowo ciężko było w momencie, kiedy dziki całkowicie poryły boisko. Mogliśmy jedynie poukładać murawę i czekać na ich kolejną wizytę. Pojawił się temat grodzenia, ale oczywiście ze względu skromny na budżet brakowało na to pieniędzy. Jeździłem po okolicznych skupach złomu i umawiałem się, że jak tylko pojawią się jakieś elementy ogrodzenia, to je odkupię. Udało się to jakoś skompletować. Odkupiliśmy też stare elementy ogrodzenia od klubu z Warki, a część elementów dostaliśmy z Mazowsza.

Obowiązki i zadania prezesa Głuchowa?

Zajmuję się w zasadzie wszystkim, chociaż rzecz jasna wspierają mnie mieszkańcy Głuchowa, trener oraz chłopaki z drużyny. Istotną częścią moich obowiązków jest wypełnianie wniosków i rozliczanie dotacji na klub. Kosimy murawę, zbieramy śmieci, wykonujemy prace porządkowe, tak że moja rola daleko odbiega od tej, którą gra Stanisław Tym w „Misiu”(śmiech). Bezinteresowność jest różnie traktowana w dzisiejszych czasach. Słyszałem już kiedyś, że jestem wariatem, że niepotrzebnie poświęcam temu zajęciu swój wolny czas i pieniądze. Cóż, nie da się być pasjonatem, jednocześnie wszystko przeliczając na kasę.

Czego obecnie klub potrzebuje najbardziej?

Nie będę w tej kwestii oryginalny, bo największym problemem są finanse. Po awansie do A klasy potrzebujemy przede wszystkim bieżącej wody. Początkowo zrobiliśmy zrzutkę i uzbieraliśmy na wykop studni. Niestety po trzech nieudanych próbach musieliśmy porzucić ten pomysł. Z pomocą przyszyły grójeckie wodociągi i władzę miasta. Udało nam się znaleźć wspólne rozwiązanie i woda wkrótce będzie na naszym boisku. Marzenia się spełniają! Jeszcze wcześniej radni Henryk Feliksiak i Dariusz Prykiel pomogli doprowadzić prąd do obiektu.

Trener Głuchowa, Paweł Gaik, otrzymał statuetkę trenera roku. Jak ocenia Pan jego wkład w wyniki drużyny?

Jak wszyscy wiedzą, głównie dzięki pandemii drużyny Głuchowa, Mazowsza i Lesznowoli awansowały ligę wyżej. W B klasie przed koronawirusem zajmowaliśmy trzecie miejsce. Pierwsze spotkania w A klasie (2 wygrane i jeden remis przyp. red.) dowiodły, że będziemy rywalizować z pozostałymi jak równi z równymi. To bardzo dobry wynik i spora zasługa Pawła Gaika. To człowiek, który od wielu lat był związany z Mazowszem, mający bardzo dobrą opinię w środowisku sportowym, co przełożyło się na świetną współpracę z naszymi piłkarzami. Wyróżnienie, jakie otrzymał, to wysokie uznanie dla jego pracy.

Ciężko jest zapanować nad tyloma różnymi osobowościami? Co z atmosferą w szatni?

RM: Oczywiście, że tak. To jest 25 różnych charakterów, od chłopaka, który ma 17 lat do najstarszego zawodnika, który ma 45 lat. Młodzież trochę niepokorna, starsi bardziej wyrozumiali. Kiedyś piłka była pierwszą i jedyną formą rozrywki. Codziennie przychodziliśmy pograć w piłkę, teraz młodzież ma dużo większe możliwości.

Pamięta Pan jakieś zabawne momenty z życia prezesa GPSZ Głuchów?

Było tego trochę. Od ustawiania patyczków z substancją, która miała odstraszać dziki ryjące nasze boisko, które sobie z tego nic nie robiły, aż po sytuację, kiedy to jeden z naszych najwierniejszych kibiców podchodzi do mnie po wygranym meczu i, klepiąc mnie po plecach, mówi: „Remis też jest dobry!”.

Dziękuje za rozmowę.

Ja również. Z piłkarskim pozdrowieniem dla wszystkich czytelników "Życia Grójca". Trzymajcie kciuki za GPSZ Głuchów.