Poniedziałek, 23 wrzesień 2019
Robert Sołtysiak: sztuka bycia z ludźmi i dla ludzi

Z salonu fryzjerskiego „U Roberta”, zlokalizowanego przy al. Niepodległości 7, wyszedłem jak nowo narodzony, nieomal jakby ze świątyni. Bo Robert Sołtysiak mistrzowskie władanie nożyczkami łączy także ze słuchaniem drugiego człowieka.

W dialogu z bliźnim pomaga mu olbrzymie doświadczenie, uciułane podczas wieloletniej pracy na polu fryzjerstwa – sztuki bycia z ludźmi i dla ludzi.

Nike
Urodził się 9 stycznia 1964 r. w Grójcu, jest jednym z sześciu synów Mariana i Michaliny Sołtysiaków. Starsi bracia to: Włodzimierz, Janusz, Andrzej, młodszy brat miał na imię Wiesław, a brat bliźniak Sławomir. – Mieszkaliśmy w bloku przy ulicy 15 Stycznia (obecnie Armii Krajowej), nad restauracją „Reneta” – wspomina znany fryzjer. –Tata, kierowca, wiecznie znajdował się w drodze, a mama, z domu Kwapis, z zawodu przedszkolanka, spokojna, ciepła, rodzinna, gościnna, zajmowała się domem. Różnie bywało, niekiedy biednie, ale mama nigdy nie wypuściła nas do szkoły głodnych. Zważywszy jeszcze na to, że najstarszy brat, Włodek, urodził się (poród kleszczowy) jako kaleka, często porównuję kochaną mamę do niezniszczalnej Nike – wyznaje pan Robert.

Podręcznik
Sołtysiakowie do szkoły mieli kilka kroków, albowiem uczęszczali do Trójki, którą prowadził Zdzisław Banaszek (następca legendarnego kierownika E. Gardzińskiego). Nasz bohater z uśmiechem wspomina nauczycielki: Biniszewską, Komorowską, Kurek, Michalak, Rajkowską, czy też kierownika Banaszka i nauczyciela Zielińskiego. To, jak traktował dany przedmiot, zależało od osobowości wykładającego go nauczyciela. W Grójcu brakowało podręczników, nieraz pożyczało się takowy na lekcję od chorej koleżanki, a jedna pani, uczulona już na samo nazwisko Sołtysiak, uparła się, żeby nasz bohater miał nowy, własny podręcznik. Bo inaczej pała. – Ojciec, kierowca, jeździł po Polsce, więc gdzieś w końcu upolował tę książkę – wspomina nasz rozmówca.

Magia nożyczek
Już jako dziecko wykazywał manualne zdolności, nakręcając mamie włosy na wałki. -Synku, chyba zostaniesz fryzjerem – przeczuwała pani Michalina. Z utęsknieniem czekał na każdą kolejną wizytę u Soleckiego, Ejmockiego czy Badowskiego, czyli grójeckich fryzjerów, którzy go strzygli i których podziwiał niczym baśniowych magów. W 1979 r., ukończywszy podstawówkę, rozpoczął oczywiście naukę wymarzonego fryzjerskiego fachu w Zespole Szkół Zawodowych przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie. Po półtorarocznym pobycie w stolicy wrócił do Grójca, żeby dokończyć edukację fryzjerstwa w Zespole Szkół Zawodowych, na tzw. dołku. – W Warszawie, gdzie na zajęciach praktycznych w klientów wcielali się koledzy i koleżanki ze szkolnej ławy, trochę bałem się ludzi, a w rodzinnym mieście otrzymałem możliwość nauki zawodu w prawdziwych zakładach fryzjerskich – odsłania przyczyny swego powrotu nad Molnicę.

W cieniu tragedii
Karierę fryzjerską zaczynał u Elżbiety Firlej, najpierw w jej zakładzie przy ulicy Piotra Skargi w Grójcu, a po przenosinach do Warszawy – w salonie przy ulicy Noakowskiego. – W okresie warszawskim mieszkałem w prywatnym mieszkaniu pani Elżbiety na Bemowie. Ten piękny czas przerwała rodzinna tragedia. 29 czerwca 1984 r. brat Sławek, jadąc motorem do Ryszek, zginął w wypadku w Boglewicach. Byliśmy bliźniakami jednojajowymi, więc bardzo mocno przeżyłem jego śmierć, trafiając do szpitala na Barską. Wydawało mi się, że sam umarłem – opowiada ze smutkiem. To nie koniec nieszczęść, bo przecież 11 listopada 1990 r. najmłodszy brat Wiesiek popełnił samobójstwo. Najstarszy brat Włodek, kaleka, obecnie przebywa w Nowym Mieście nad Pilicą. – Co miesiąc go odwiedzam – mówi pan Robert, dla którego rodzina jest czymś najważniejszym.

Sukces bliźniego
W połowie lat 80., gdy w Grójcu zakłady fryzjerskie można było policzyć na palcach jednej ręki, Robert Sołtysiak (już wtedy młody) dostał z Cechu propozycję objęcia zakładu po państwie Iwańskich, zlokalizowanego przy placu Wolności. Informacją podzielił się z jedną z dwóch swoich koleżanek. Dziewczyna ucieszyła się niezmiernie. – Wiesz, Robert, otwiera swój salon fryzjerski!– zawołała do drugiej koleżanki, wchodzącej do pokoju. – A owa koleżanka obraziła się na to – wspomina fryzjer, nie mogący pogodzić się z tym, że tak trudno jest nam zaakceptować sukces bliźniego, a przecież powinien on nas cieszyć, choćby dlatego, że w konsekwencji nakręca społeczną koniunkturę. W ogóle to należałoby odwrócić znane powiedzenie, mówiące, że prawdziwego przyjaciela poznaje się w biedzie, uznając, że prawdziwego przyjaciela poznaje się w bogactwie – konstatuje, namawiając, aby zło zapominać, a dobro pamiętać. W każdym razie w styczniu 1985 r. otworzył swój biznes przy placu Wolności, zatrudniając Iwonę Celejewską i Iwonę Lesiak. Ta druga, śliczna blondynka, 30 września 1989 r. została jego żoną. – Zaraz po ślubie wypowiedziano mi lokal, więc przeprowadziłem się pod adres, gdzie do dziś urzęduję – odtwarza chronologię faktów ze swojej biografii.

Spełnianie marzeń
Długoletnie doświadczenie zawodowe upoważnia go do snucia refleksji na temat fryzjerstwa, któremu poświęcił całe swoje życie, czego zresztą nie żałuje. – Gdybym urodził się powtórnie, znów zostałbym fryzjerem – zapewnia. – To, co pan robi, można nazwać sztuką? – pytamy. – Oczywiście – przyznaje Robert Sołtysiak. – Nie wystarczą tutaj silne nogi i mocny kręgosłup (pracuje się w pozycji stojącej). Potrzebny jest talent manualny i wyobraźnia plastyczna. Oto kobieta przedstawia swoją wizję uczesania, niekiedy sugerując coś zdjęciem z kolorowej gazety, bo chce wyglądać jak jej ukochana aktorka. I fryzjer musi pomóc w realizacji marzenia,
czyli np. stworzyć drugą Małgorzatę Kożuchowską – tłumaczy pan Robert. – Wskrzeszę archaicznego irokeza, wystylizuję na sławnego piłkarza, zrealizuję każde zamówienie, zrobię wszystko, poza warkoczykami. Nie mam cierpliwości do ich zaplatania – śmieje się.

Słuchanie i pocieszanie
„Kobieta, jak ma chandrę, idzie do fryzjera, żeby się zrelaksować” – do znudzenia powtarzał jeden z pedagogów w Warszawie . Pan Robert tysiące razy już przekonał się o zasadności tych słów. – Dobry fryzjer jest też spowiednikiem i psychologiem – przyznaje, z powagą marszcząc czoło. – Gdy nie znajdujemy zrozumienia w domu ani wspólnego języka ze znajomi, wówczas odczuwamy potrzebę wyrzucenia z siebie problemów wszelakiej natury, użycia sobie na politykach, podzielenia się z kimś, komu ufamy, swoimi radościami i smutkami, niekiedy własną chorobą czy śmiercią bliskiej osoby. W takiej sytuacji oczekujemy wysłuchania i pocieszenia, więc słucham, pocieszam, jak potrafię, słowami, a w razie konieczności – przytuleniem –mówi pan Robert, posługujący się także osobistym czarem. Wielokrotnie przekonały się o tym m.in. Elżbieta Cieślińska, Elżbieta Deryng, Elżbieta Kot, Krystyna Król, Anna Muszyńska i Wiesława Szuba, niemal od zawsze odwiedzające jego salon, będący dla nich ważnym miejscem.

Dziedzicznie obciążony
Nasz mistrz nożyczek lubi czystość i porządek, przez co w domu nazywają go tyranem, oraz gotowanie – przepis na swoją ulubioną karkówkę w sosie z grzybami i ketchupem oraz kotlety ziemniaczane podał tak szybko, że nie zdążyliśmy nic zanotować. Pod wieloma względami jest kalką swojej mamy. Chociaż jego synowie są już dorośli, to traktuje ich jak dzieci, nie wypuści do pracy bez śniadania, oczywiście osobiście przygotowanego. – Po odejściu mamy był taki czas, że pragnąłem ją odnaleźć w kimś innym, np. w paniach Cieślińskiej i Kot, które czesałem już bardziej świadomie, niż wtedy gdy jako dziecko nakręcałem mamie włosy na wałki – przyznaje, podkreślając, jak istotne, prawie rodzinne, są dla niego relacje z klientami, gośćmi czy przyjaciółmi, przychodzącymi do jego salonu. – Nie moglibyśmy już bez siebie żyć? – pyta retorycznie sam siebie.

Fryzjer z Grójca
Robert Sołtysiak ma poczucie humoru, dystans do siebie samego i lubi się niebanalnie ubrać (forma ochrony przed upływającym czasem). Oto kiedyś na ślub w Potworowie i wesele w Drzewicy wybrał się odziany w lniany garnitur, w czerwoną koszulę w złote paski, w czerwone buty z wężej skórki oraz w złote okulary z czerwonymi szkiełkami. Tak wystylizowany, przyciągnął uwagę biesiadników i kamerzysty, uwieczniającego owe piękne chwile dla potomności. – A gdzie jest ten wujek z Ameryki, którego widziałem wczoraj na weselu? – zapytał podczas poprawin jeden z gości. – To nie żaden wujek z Ameryki, tylko mój szwagier, mąż mojej siostry, fryzjer z Grójca – wyjaśniła panna młoda. – Na ślub mojego syna ubiorę się już klasycznie, w lśniące lakierki – deklaruje Robert Sołtysiak, spełniony fryzjer, mąż, ojciec dwóch synów, właściciel domu i samochodu, tudzież różnych innych dóbr, kronikarz naszych radości i smutków, dobrze znający i promujący rodzinne miasto także poza granicami powiatu.

Remigiusz Matyjas